UWAGA

UWAGA

Na stałe przeniosłem swoją działalność na język angielski, na drugim blogu - Old Long Road.com.

Najświeższe relacje (Azja Południowo-Wschodnia, Bułgaria i okolice) do znalezienia właśnie tam. Serdecznie zapraszam i mam nadzieję, że zmiana języka nie odstraszy :)

środa, 6 marca 2013

Wyspa Pag

Przez Chorwację musiałem przejechać, żeby dostać się na południe, do Czarnogóry i Albanii. Najkrótsza droga prowadziła nad morzem, szczególnie że biegnie sobie tamtędy autostrada aż do Opuzen, niedaleko bośniackiej granicy. Wiele słyszałem o pięknym chorwackim wybrzeżu, więc czemu by nie poświęcić kilku dni po drodze, żeby je zobaczyć? To kilka impresji.

Nie wiem czego się spodziewałem po Chorwacji i tak turystycznym rejonie, jakim jest wybrzeże. Może liczyłem, że we wrześniu nie będzie już tak tłoczno. I jeśli faktycznie jest mniej tłoczno, niż w wakacje, to nie wyobrażam sobie co tam się dzieje w lipcu czy sierpniu. Nietrudno ocierając się w tłumie turystów otrzeć się o rodaka, język polski zewsząd ("Marysiu, ale Marysiu, jak tu się na tym aparacie przybliża"). Wszechobecny jest także angielski, także z porozumieniem się na wybrzeżu nie ma problemu. Chorwackiego poćwiczyć mi się za bardzo nie udało, niestety.

Z Rijeki na wyspę Pag trafiłem trzema stopami - w tym jednym ze „Stary, podwiózłbym Cię nieco dalej, ale jestem strasznie upalony dzisiaj” usłyszanym gdy jedziemy krętą drogą ze stromą skarpą opadającą do Adriatyku po prawej stronie. Nieźle człowieka może strach oblecieć.


- Bura is coming - tak powyższy widok skomentował z namaszczeniem rodem z Gry o Tron listonosz, podwożący mnie z Novalji do Pag.

Bura (po polsku bora) to chłodny i czasem bardzo porywisty wiatr, wyznaczający tutaj trendy pogodowe. Listonosz powiedział, że skoro bura przychodzi, to idzie ochłodzenie i czas jesieni. Z drugiej strony radośnie stwierdził, że zimą temperatura rzadko tu spada poniżej 5-10 stopni. Nie wiem na ile można w to wierzyć, ale np. w takim styczniu 2012 temperatura w zależności od kaprysu skakała z -7 do +11.


Pag to miasto koronki, o niefortunnej dla polskojęzycznych osób nazwie. Na ulicach siedzą koronkarki, które na bieżąco je wykonują i proponują zakupy turystom. To też miasto paskiego sera (Paški sir), drogiego, bo sławny (jakieś 180 kuna = ok. 90zł za kg za domowy). Twardy i zrobiony z mleka owczego. 

Wyspa Pag, z Novaliją na czele, jest generalnie imprezowym rejonem Chorwacji. Od mieszkańców dowiedziałem się, że dzięki pobliskiemu lotnisku w Zadarze, wyspa pełna jest ludzi ściągających tu na dyskotekowe szaleństwa, a Novalja przeżywa istne oblężenie. Mimo tłumu turystów aż tak strasznie nie było, może przez gorszą pogodę.

Samo miasto mi się spodobało, jako pierwsze w Chorwacji, z wąskimi uliczkami i w starej architekturze. Stanowiło miły kontrast dla Rijeki i zapowiedź dalszych miejscowości, w tym Zadaru, który chyba najbardziej mi się spodobał, bijąc nawet Dubrownik (choć z trudem). Przez Burę nie trafiłęm tam na dobrą pogodę, więc i zdjęcia ponure.




Skwar zaczął się w samą porę - gdy kilku młodych Niemców zabrało mnie vanem z wyspy i po pomyleniu skrzyżowania zostałem na pustej, rzadko uczęszczanej drodze kilkanaście kilometrów od Zadaru. 10 z nich zrobiłem pieszo, a od kolejnej uwolniła mnie para Niemców (już wiecie, o czym mówię, jeśli chodzi o oblężenie przez turystów?).


sobota, 23 lutego 2013

Mój syn jest artystą



Wieczór, na głównym deptaku Rijeki rozbrzmiewa Sultans of Swing. Valentino, Macedończyk w średnim wieku, w kapeluszu i artystycznym wąsikiem, zwinnie porusza marionetką przygrywającą na gitarze i wyśpiewującą, jak to They don't give a damn about any trumpet playing band, it ain't what they call rock'n'roll.

Większość ludzi jakby na potwierdzenie tych słów przemyka w pośpiechu, przechodząc między artystą a dwoma-trzema osobami obserwującymi występ. Zmęczony zwiedzaniem mojego pierwszego chorwackiego miasta usiadłem niedaleko, zrzucając wreszcie z pleców pełen plecak z przytroczonym namiotem. W samą porę, bo na scenie zrobionej z kawałka czerwonej wykładziny zmienił się już "muzyk", pojawił się czarnoskóry wokalista w ciemnych okularach i olśniewająco białym garniturze. Z przenośnego radyjka poleciała piosenka Michaela Jacksona i zaczął się kolejny występ podopiecznego Valentino.


Widać było, jaką radość sprawia mu zabawa nimi, a także z jaką swobodą sprawia, że są mu posłuszne. W końcu udało mu się zgromadzić większą grupę ludzi, która ustawiła się za mną i Anną, Niemką, która się do mnie dosiadła. Przyjechała tutaj jako część załogi jachtu. Ktoś dał ogłoszenie, że potrzebuje pomocy przy jachcie w zamian za rejs. Szybko dzieliliśmy się informacjami, szczególnie odnośnie podróżowania – jej historie dotyczyły łapania stopa z... kotem. Okazuje się, że jest to bardzo skuteczna metoda, bo kot rozckliwia ludzi o wiele bardziej niż samotna blondynka. Ale właściwie nie przeszkadzało jej, że ludzie bardziej interesowali się jej kotem niż nią samą, tak długo, jak zabierali ich oboje do samochodów.


W Wielkim Finale Valentino do zabawy zaprosił jeszcze dwójkę ochotników, wyposażając ich w stroje i rekwizyty, tworząc z nich zespół dla marionetki-wokalisty. Artyści uliczni ogromnie mnie fascynują i rzadko kiedy przepuszczam okazję, żeby wypytać się ich o coś więcej w związku z ich sztuką.

- Marionetki zrobiliśmy z ojcem, według modelu pożyczonego z teatru lalek. Tylko on z mojej rodziny wspierał mnie na samym początku. - w głosie czuć trochę rozgoryczenie, ale dawno już przysypane. - "Mój syn jest bezrobotny" wolała mówić moja matka, niż przyznać, że występuję z lalkami na ulicy.

- Wszystko zmieniło się, kiedy ktoś zauważył mnie na ulicy i dostałem kilka zaproszeń na zagraniczne festiwale sztuk ulicznych. Występ rano, występ wieczorem, a wracałem do domu z kilkuset euro. - pistacje z foliowego woreczka popijaliśmy wytrawnym winem, stojąc przy kufrze. - Wtedy reszta rodziny przestała krytykować to, co od początku było moją pasją. "Mój syn jest artystą".

Sztuka przestaje być zabawą a zaczyna być sztuką, kiedy przynosi dobry pieniądz?

Z Valentino i Anną rozstałem się pod drzwiami ich hostelu, gdzie przetransportowaliśmy ciężkie kufry, zamieszkane przez marionetki, ich stroje i instrumenty.

sobota, 16 lutego 2013

10 powodów, dla których można zachwycić się Sofią (i Bułgarią)

Spędziłem już łączni jakiś miesiąc w Bułgarii, z czego ponad dwa tygodnie w Sofii, to się wypowiem. Na pozór Sofia nie zachwyca, ale zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Po sporządzeniu listy zauważyłem, że nawet o zabytkach się nie zająknąłem. Są, nawet wybitne (cerkiew Świętej Niedzieli robiła na mnie wrażenie za każdym razem, gdy ją mijałem). Dalej zamieszczam resztę:

1. Góry


Góry po pierwsze – bo nie da się ich pominąć. Zaczynę od tego, że można wsiąść w autobus miejski w centrum ponadmilionowej stolicy i po 30 minutach być u podnóża gór, wznoszących się powyżej 2000 metrów – Parku Vitosha. Raj dla trekingowców i wspinaczy, bo nic nie stoi na przeszkodzie, żeby latem skoczyć po pracy na kilka godzin spaceru albo wspinu – jak mówili mi ludzie, których spotkałem wspinających się na lodospadzie. A zimą – właśnie lodospad czy narty.

Ale nie tylko Vitosha kusi – w bliskim zasięgu mamy tu także obłą, ale wysoką (najwyższe pasmo między Kaukazem a Alpami, z Musałą o wysokości 2925m. n.p.m.) Riłę. Kawałek dalej Pirin o postrzępionych krawędziach, bardziej stromy i niedostępny, z osławionym niebezpiecznym Koncheto. Ale tuż obok są także mistyczne, zapomniane Rodopy z pięknymi dolinami rzek – niskie, ale rozległe na 240km, pełne opuszczonych chat i wymarłych wiosek. Na północ od Sofii rozciąga się Stara Płanina, pełna folkloru i rzemiosła starej daty.

Ogólnie – gdzie się nie ruszyć, jest po czym wędrować, a to tylko Bułgaria. Tuż obok przecież są jeszcze góry po stronie greckiej, macedońskiej, do Rumunii też nie tak znowu daleko...

2. Street art


Centrum nie jest wymuskane i nietykalne, jak w części miast Europy. Tutaj na budynkach, na kolumnach, na skrzynkach elektrycznych – wszędzie można spotkać prace artystów ulicznych. Mnie osobiście ogromnie to inspiruje i porusza, że oprócz standardowego zwiedzania zabytków można przejść się szlakiem kolorowych obrazów na ścianach.

3. Lutenica


Zaczyna się kulinarnie, czyli przechodzimy do rzeczy. Pierwszy raz lutenicą poczęstowała mnie w górach Dani. Pasta warzywna, zrobiona z papryki i pomidorów z przeróżnymi dodatkami – bakłażanem, cebulą, czosnkiem, olejem słonecznikowym i innymi, w zależności od upodobań i regionu. Występuje w wersji pikantnej, co mnie ogromnie cieszy. Pastę kładzie się bezpośrednio na kanapki, można dodawać jako sos do potraw. Pochłaniałem słoik za słoikiem.

4.  Kawa i herbata

Wielkim kawoszem nie jestem i nigdy nie byłem. Ale jest coś w tej kulturze picia kawy w mnogości rodzajów i przy każdej okazji. Kawę na wynos można dostać wszędzie na ulicy, nawet w najmniejszym kiosku, przy którym nasze placówki Ruchu to pałace. Ekspresy stoją w sklepach, stoiskach z gazetami, że o kawiarniach nie wspomnę.

Posmakowałem w lekkim naparze ziołowym, serwowanym tutaj w ramach herbaty. Zaintrygowany zacząłem wypytać Dani o zioła, na co zaprowadziła mnie do sklepu, gdzie sprzedawano mieszanki ziołowe przyrządzane na miejscu – wg zapotrzebowania („mieszanka na...”) albo życzenia smakowego. Wróciłem do kraju z dwiema wielkimi torbami bułgarskich ziół.

5. Wino


Coś niesamowitego. Wino w takiej jakości i przy takich cenach... Szczególnie warto wypatrywać domowego wina przywożonego z prowincji, sprzedawanego w plastikowych litrowych butelkach za 2,50-4 leva. Takiego intensywnego smaku próżno szukać w rozwodnionych bułgarskich winach dostępnych w Polsce. Sprzedawane bez banderoli, bez koncesji. Oczywiście możliwość spożycia we własnym zakresie w parku bez obawy o mandat.

6. Ceny

Po wątkach kulinarnych wątek finansowy – wszystko to w przystępnych cenach, około 30% niższych niż w Polsce. Wyjście do baru czy kawiarni to nie koszmar dla kieszeni.

Dla miłośników nielokalnej kuchni wrzucam fotkę Maka, do porównania wg Hamburger Price Index. 1 leva to ok. 2zł.



7.  Przyjazny język

Ogarniając polski i w miarę rosyjski (cyrylica obowiązkowo) nie ma większych problemów z rozumieniem jako-tako. Po godzinie pobytu w Bułgarii goszczący mnie Mitko był zaskoczony, że rozumiem czego dotyczą historie, które opowiada koleżankom.

Oczywiście inny język słowiański (najlepiej z dawnej Jugosławii, ale może być i czeski albo słowacki) będą jeszcze bardziej pomocne w zrozumieniu.

Sam język ujął mnie tym, że nie ma przypadków. Jedno-dwa warianty słowa na polskich dziesięć.


8. Muzyka na żywo (w tym folklor)

Składa się na to popularność tzw. piano bars, gdzie w liczne dni tygodnia można posłuchać muzyki na żywo nie tylko z pianinem. I jest tego tyle, że śmiało można wybierać albo i robić clubbing po nich.

Zaskoczeniem jest dla mnie także popularność folkloru, w przeciwieństwie do naszego. Nasz traktowany jest z przymrużeniem oka, podczas gdy tam tradycyjna muzyka jest ciągle żywa, a przede wszystkim atrakcyjna. Tradycyjne tańce ze względu na swoją wysiłkowość można spotkać na zajęciach w fitness clubach, w miejsce hołubionej gdzie indziej zumby.

Dla mnie dodatkowym argumentem jest też to, że mocno obecna w Sofii jest salsa – w każdy dzień można znaleźć jakąś imprezę salsową. Ta, na której byłem w środę (!) niestety bije na głowę wszystko, co dzieje się w Trójmieście.


9. Otwarci ludzie

Może to szczęście obcokrajowca, ale spośród wszystkich krajów, w jakich miałem okazję nim być, tutaj ludzie byli najbardziej pomocni i otwarci. Złapałem więcej samochodów na stopa, niż machałem ręką (ludzie sami zatrzymują się, gdy widzą Cię na poboczu drogi).


10. Piękne dziewczyny

Nie tylko dlatego, że inaczej nie wypada mi napisać ;)

poniedziałek, 11 lutego 2013

New Beginning



Zdecydowałem się na jeszcze jeden twór, odrębny zupełnie od mojego poprzedniego – NieIstoty. Jest to spin-off tamtego tasiemca, wyspecjalizowany zbiór wątków, które już nie mogły się tam pomieścić, powoli też zaczynały stanowić oddzielną tematykę.

Szlak Trafił w zamierzeniu ma zawierać relacje, opisy i reportaże – bardziej światowo, światowo że hoho. Okraszone fotkami, w ramach możliwości. Zawężenie tematyki NieIstoty, a jednocześnie jakieś wyspecjalizowanie, narzucenie sobie ograniczenia w stosunku do chaosu i dowolności, jaka panowała i panować będzie niepodzielnie na NI. Trudno powiedzieć, że będzie to blog podróżniczy, bo musiałbym do tego być podróżnikiem – ale temat będzie zbliżony. A i od filozofowania pewnie nie ucieknę miejscami.

Kolejny eksperyment, niech się dzieje, a co!

Przekleiłem część relacji podróżnych umieszczonych niegdyś na NI (część działu Poświecie), tak żeby chronologicznie zalać czymś pompę na start. Mam przygotowany zbiór tekstów z zeszłorocznych podróży, zaczynając od Bałkanów.

Słoweński street art

Uwielbiam sztukę w codziennej przestrzeni miejskiej. Nie pozamykaną w galeriach, do których ustawiają się kolejki żądnych chociaż raz rzucić okiem na sławną Mona Lisę. Może się nie znam na sztuce, ale w przestrzeni miejskiej znajduję często niezwykle fascynujące i inspirujące perełki, nie ujmując niczego Leonardo.


Tak było też, gdy jadąc z Austrii kierowca, z którym jechałem autostopem, wysadził mnie w Mariborze w Słowenii. Miasto w 2012 współdzieliło z Guimarães w Portugalii zaszczytny tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a to znaczy, że ma coś do zaoferowania. I faktycznie, nie wiem czy to ze względu na tytuł zjechali tutaj różni twórcy, czy może dzięki ich obecności miasto dostało ten tytuł wcześniej, ale na pewno było na co popatrzeć.






Kolejnym przystankiem była Ljubljana, gdzie ugościli mnie znajomi (Rolek i Dosia), któzy dopiero co zainstalowali się w akademiku na Erasmusie. Rozpocząłem zwiedzanie miasta w standardowy sposób, od Tromostovje (potrójnego mostu) przez stare miasto ciągnące się nad rzeką, po górujący nad miastem zamek. Ciekawie, ale nie odkryłbym nic nadzwyczajnego idąc tylko za wskazówkami informacji turystycznej. Znajomi dostali cynk o Metelkova Mesto, gdzie udaliśmy się drugiego wieczoru na koncert... streetartowy strzał w dziesiątkę:







Metelkova to kilka budynków, zamienionych w miejsce, gdzie kultura niezależna może się rozwijać niezależnie. Formalnie budynki nie należały do nikogo - mieściły się tu koszary wojska Jugosławii, po jej rozpadzie sprowadzili się tutaj artyści i squatersi różnej maści, zmieniając miejsce na swoją modłę. Mieli na dodatek (przynajmniej jak twierdzą organizatorzy jednej z galerii, dokumentującej m.in. historię Metelkovej) błogosławieństwo od władz. I tak od 1993 miejsce wciąż się zmienia, przestrzeń się przekształca, powstają nowe kluby, inne przestają działać. Miejsce żyje, codziennie jest coś się dzieje - koncert, impreza itp. Godne polecenia dla zainteresowanych kulturą niezależną, nie tylko tą z wysokiej półki, gdzie żeby sięgnąć trzeba wdziewać frak.

Pozostaje konflikt z miastem - Metelkova to dobre tereny niedaleko dworca kolejowego. Idealne na zagospodarowanie i w tym miejscu wkradają się pieniążki. Miastu nie udało się póki co wyrzucić lokatorów, a dzięki temu, że jednak mimo wszystko Metelkova nakręca turystykę, nie są aż tak bardzo zdecydowane, co z tym fantem zrobić. Nadal jednak ciężko dowiedzieć się o Meltekovej z oficjalnych informacji.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Wierzchołki Rumunii

Ejże, piknikujmy!
Rumuni bardzo lubią piknikować, przy dowolnej okazji. Podróż samochodem to nie tylko przemieszczenie się z punktu A do punktu B z szybkim postojem na stacji benzynowej, żeby pasażerowie mogli uronić krople z baku i hamburgs w nędznym barze. Przy drodze sprzedaje się arbuzy, a skoro arbuz, to okazja żeby wysiąść i zrobić piknik. To nic, że kawałek dalej będą jeszcze melony - cała rodzinka radośnie zatrzyma się drugi raz, rozłoży koce i zacznie się spożywanie melonów. To zarówno doświadczenie Michała, którego spotkam pod Moldoveanu za kilka dni, jak i moje, gdy wchodzę w góry a droga nad górską rzeką pełna jest ognisk, grillów i namiotów. I ludzi patrzących na mnie jak na wariata, bo po co się pchać do góry, kiedy tu też można usmażyć mięsko, zjeść owoce, popić solidnie cujką a potem wrócić samochodem do domu.

Samobieżne osiołki
Pierwsze, co mnie zadziwiło w rumuńskich górach, to właśnie te szlachetne zwierzęta. Dogoniły mnie, kiedy wspinałem się na Curmătura Bratilei. Obracam się, a za mną trzy osiołki obarczone tobołkami, i idą. Nikt ich nie prowadzi, same wybierają znaczony czerwonymi trójkątami szlak. Właściwie robią to lepiej ode mnie, bo gdy pośród trawiastego przejścia gubię szlak, osły sprowadzają mnie na dobrą drogę. Są też wytrzymalsze ode mnie w podążaniu do góry z uporem, więc przepuszczam kolejne. Dopiero kilkaset metrów za nimi idzie pasterz. 




Jak okaże się w ciągu kilku następnych dni, to bardzo popularny sposób transportu dóbr z dolin w góry lub na ich drugą stronę... Pasterz i jego juczne osły przemierzający puste hale, to coś co daje posmak atmosfery miejsca.

Centrum NASA
Na przełęczy (to owa curmătura) natykam się na kosmiczną budowlę. Ni to bunkier, ni to stacja kosmiczna. Zamknięta podnoszonym do góry włazem, świeci pośród zielonych gór na czerwono-białą, kłując wręcz w oczy. Zostawiam plecak, sprawdzam środek. Dopiero w środku przypominam sobie, że Wielo kiedyś mówił mi, że na fogarskiej grani można napotkać tzw. refugios czyli schronienia dla wędrujących, i to właśnie jedno z nich.



To akurat najnowsze, postawione w przeciągu ostatnich dwóch lat. Mimo to już pasterze zdążyli je zniszczyć - wyciągnęli akumulatorki z panelu słonecznego, tak że w środku nie ma oświetlenia. Za to jest miejsce na około 10 osób spokojnie. 



Pod Moldoveanu spotkałem Cristi, rumuńskiego skauta, który uczestniczył w budowaniu tych nowych schronów i wiele mi o nich opowiedział. Ten konkretny stawiali w śniegu w październiku. Zaznaczył mi także wszystkie nowozbudowane  schrony, których oczywiście nie ma jeszcze na mapach. A na pewno nie na mojej Bel Alpin - której nie polecam komukolwiek wybierającemu się w góry. Poziomice co 200m to coś, co przyprawić człowieka może o szał, kiedy wchodzi i schodzi, a na mapie płasko...

Refugios przyjmują różną formę od kosmicznych półkul do zwykłych chatek. Są w różnym stanie, ale co 6-7 godzin wędrówki da się znaleźć miejsce, w którym można przeżyć spokojnie noc.




W tym pierwszym, metalowym pudełku, spotykam Teda i Yvette, przesympatycznych Anglików, z którymi postanawiam zostać na noc. Przy kawie, herbacie i długich rozmowach o Polsce i UK, a także o tym co warto i czego nie warto zobaczyć w Rumunii upływa nam wieczór.

Na bezwodziu i rak woda
Chwilę przed "pudełkiem" na Curmătura Zârnei mijam pojedynczego wędrowca o spierzchniętych wargach. Zmęczony przystaje, opiera się na kiju i z żałością w głosie pyta, czy gdzieś dalej będzie źródło wody. Jakiekolwiek. Jakiejkolwiek. Bo od rana idzie od Moldoveanu i nie ma nigdzie wody na grani... Na szczęście miał źródło przed sobą ok. 200m, także szybko się ze mną pożegnał.

Ted potwierdził te rewelacje. Wcześniej spotkali jakąś ekipę, która też szła cały dzień bez wody w piekielnym upale, jaki panował na grani. I gdy doszli do "pudełka" to pili wodę z wielkiej kałuży, przy któej widać było ślady owiec. Mnóstwa.

- Ale w tej wodzie są kijanki! - ze zgrozą zawołała do nich Yvette.

- Nie ważne. - odpowiedzieli, po czym łapczywie pili dalej.

Poniżej zdjęcie "wodopoju".



Wiemy, że kolejnego dnia trzeba będzie nabrać pełne baki, tylko skąd? Rano decyduję się zejść jakieś 300-400 metrów stromym stokiem w dół do wąskiego wąwozu, gdzie da się nabrać wody. Niestety powyżej, prawie u źródła stacjonują owce, więc wodę zasypujemy chlorowymi tabletkami. Smakuje jak basen, ale przynajmniej jest bezpiecznie.

O wschodzie słońca obserwuję pochód owiec na łąkę.



Instant fog
Fogarasze to przepiękne góry, teraz widzę to wędrując po grani. Widoki jak z Tatr, strome skaliste ściany, liczne jeziorka. Tylko że tutaj nie ma tłumów, kolejek na szlaku. Nie ma pielgrzymek w klapkach czy koników do Morskiego. Jest cisza i spokój, jest pustka jak okiem sięgnąć. Nad jeziorkami czy na grani można bez przeszkód biwakować, chodzić poza szlakiem (który notabene jest bardzo dobrze oznakowany, o to też zadbał Cristi). 





Regularnie łapie mnie zjawisko błyskawicznej chmury wyskakującej z doliny, co daje spektakularne rezultaty. Im bardziej zmienna pogoda, tym lepsze foty. Pół godziny i nic nie widać, i takie kilka godzin jest niemalże codziennie.






Piątka spod Moldoveanu
W blaszanym refugio pod Moldoveanu spotykam piątkę Rumunów. Cristi, którego wymieniłem już wcześniej, Laurę, Cristianę i Sylvii oraz Rudiego. Proponują, żebyśmy bez plecaków jeszcze wieczorem ruszyli na Moldoveanu, najwyższy szczyt Rumunii (2544 m. n.p.m.), mi to jak najbardziej w smak. Jest fragment z łańcuchami, ale nie sprawia problemów.






Sylvii, Laura, Rudi, Cristiana i moja skromna osoba. Fot. Tagu Wan

Wracając do blaszanki spotykamy trójkę nowych lokatorów.

- Hi, I'm Chris - jakoś łatwiej mi przedstawiać się angielskim odpowiednikiem.

- Hi, I'm Michał!

- Hmm... Poland?

- No przecież! 

(Dwóch pozostałych to Niemcy, którzy niezbyt mieli ochotę się integrować). Michał wędrował sam przez Wschód, tutaj trafił przez Ukrainę i Mołdawię. Dobrze było znów z kimś porozmawiać po polsku, ale jak się okaże wcale to nie takie rzadkie tutaj. Razem w siódemkę zasiedliśmy do kolacji, każdy wyciągnął co miał. Węgierska ostra pasta, papryczki pepperoni, pasztety. W koło w plastikowej butelce zaczęła krążyć cujka tudzież palinka, czyli wódka pędzona najczęściej ze śliwek. Każde gospodarstwo ma swoją recepturę na nią, także za każdym razem smakuje zupełnie inaczej. Natomiast wydaje się, że każdy tutaj ma gdzieś ukrytą plastikową półlitrówkę, w której zawsze jest cujka do podzielenia się.

Cristi proponuje, że skoro następnego dnia idziemy w tę samą stronę, to żebyśmy poszli razem. Ochoczo na to przystaję, bo zdążyliśmy się już polubić, zawsze weselej w kompanii. Ruszamy na wschód słońca na Moldoveanu, tym razem już z plecakami.




Papirosy
Palenie w Rumunii jest powszechne, knajpy, puby, ulice czy góry pełne są palaczy. Z ekipy rumuńskiej, z którą wędrowałem, wszyscy palili. Za to jako szanujący przyrodę nie wyrzucali petów gdzie popadnie, mieli na to ciekawy travellerski sposób.





Trzy kroki od śmierci
Przebijamy się do Lacul Capre, które znajduje się w pobliżu Szosy Transfogaraskiej. W międzyczasie nad Lacul Giurgiului mamy okazję uzupełnić wodę, umyć się i ugotować herbatę (moja o smaku grzanego wina robiła oszałamiającą karierę). Z przeciwnego stoku schodzi trójka turystów, jeden zakłada biało-czerwonego buffa na głowę. Swoi, wspólnie jemy chałwę. 

Szlak do Lacul Capre nosi nazwę "Three steps from death" jak tłumaczy mi Cristi. Z jednej strony przez kilka naprawdę niebezpiecznych momentów - szczególnie z plecakami - a z drugiej przez to, że kiedyś biegła tędy granica i do przekraczających ją nielegalnie strzelali żołnierze stacjonujący w tym rejonie.




fot. Tagu Wan

Poza pociętą o kable ręką nic złego jednak się nie dzieje.

W międzyczasie aktywnie z Laurą i Cristianą uczymy się języków. Niesamowitą radość sprawia im, gdy stopniowo do angielskiego zaczynam wplatać kolejne rumuńskie słowa, a one same największym uwielbieniem darzą "skrzypce". Językowa wymiana owocuje projektem wielojęzykowego słownika, który teraz będę uzupełniał i testował na kolejnym wyjeździe.

Szosa
Lacul Capre jest tuż przy Szosie Transfogaraskiej, więc jest też zatłoczone. Wygodna turystyka, bo wystarczy podjechać do Balea samochodem, godzinka w górę i już można biwakować nad pięknym jeziorkiem.



Do budowy Szosy zużyto swego czasu 6 milionów kilogramów dynamitu (!), ma niezliczoną liczbę zakrętów i najdłuższy tunel Rumunii (prawie 900m). W Sighişoara spotkałem kilku motocyklistów, którzy przyjechali tu z Polski tylko po to, żeby kilka razy wjechać i zjechać tą trasą, bo naprawdę robi wrażenie. Zresztą zjechaliśmy autostopem w dół z Rumunem i Belgiem, którzy przyjechali tu też tylko na rowery. W górę i w dół.




Stolica kultury
Trudno przychodzi mi rozstać się z nowymi znajomymi z Rumunii, ale taki tryb podróżowania z tym się nierozerwalnie wiąże. Cristi proponuje, żebym przyjechał na obóz skautowy, ale niestety mi to nie po drodze. Zjeżdżam do Sibiu, przepięknego miasta, które w 2007 było europejską stolicą kultury.


Niesamowite bramy, podwórka i patio. Zostawiam plecak w hostelu i ruszam z aparatem na miasto.Tuż koło Mostu Kłamców spotykam zupełnie nieoczekiwanie jeszcze raz Laurę i Rudiego, którzy przez Sibiu wracają do rodzinnej Sighişoary. Trudno przychodzi mi rozstać się z nowymi znajomymi z Rumunii, ale taki tryb podróżowania z tym się nierozerwalnie wiąże. Cristi proponuje, żebym przyjechał na obóz skautowy, ale niestety mi to nie po drodze. Zjeżdżam do Sibiu, przepięknego miasta, które w 2007 było europejską stolicą kultury.











Dom w Cînaia
Na południowy-zachód od Sibiu ciągnie się pasmo Munții Cindrell, które chcę przejść aż do Szosy Transalpina. Tutaj słowo o dostępności map gór w Rumunii - jest losowa. Naprawdę ciężko o dobrą mapę, a w przypadku Cindrell o mapę jakąkolwiek. Ruszam ze schematyczną mapką województwa Sibiu, licząc, że znajdę coś w kurortach w górach. Nie znajduję nic oprócz zdjęcia planszy  z narysowanymi szlakami, ale się nie zniechęcam i ruszam dobrze znakowaną trasą. Gdziekolwiek dojdę na wschód będzie Transalpina.

Nadchodzi wieczór, zbierają się deszczowe chmury. Robi się ciemno, ptaki się pochowały i tylko wiatr i cisza mi towarzyszą w tych ostatnich godzinach. Pochodzi błyskawiczna mgła. Wcześniej kilka razy strachu napędziły mi sfory psów pasterskich - po kilka-kilkanaście agresywnych psów, które opadają cię ze wszystkich stron kołem. Są tylko na odległość kija lub gazu pieprzowego, trzymanego kurczowo w ręce. Ujadają i kłapią zębami, czekając tylko na chwilę nieuwagi. A ty tylko czekasz, aż pasterz usłyszy swoje psy i zejdzie do ciebie, co czasem trwa i piętnaście minut. Pasterze twierdzą, że psy nic nie zrobią, nie zaatakują bez rozkazu... ale to nie uspokaja, kiedy kolejny raz widzisz biegnące pędem w twoją stronę ujadające psy.

Napieram, żeby dojść na nocleg w Refugio Cînaia, kiedy jednak tam dochodzę o zmroku, zastaję coś zupełnie innego niż blaszanki czy stacje kosmiczne. Wita mnie ponura, drewniana chata, strasząca otworami okien. Szczególnie po doświadczeniach z psami chata robi złowrogie wrażenie. Gdzieś u góry we mgle słychać ujadanie psów.


Kiedy jednak spędzam noc w chacie, klątwa zostaje odczyniona. W porannym słońcu dom prezentuje się przyjaźnie. W środku mam do dyspozycji pryczę na około 6 osób, stolik, piec opalany drewnem. Są też zapasy pościeli, ale jakoś jej nie ufam.






Przed domem wybija źródło, gotuję sobie ciepły posiłek. Robię pranie, czytam książkę kupioną jeszcze w Krakowie. Za chwilę w ruch idzie harmonijka, towarzysząca ptakom które już powróciły do Cindrell. Wygrzewam się w słońcu i nie mam zamiaru nigdzie się ruszać, jest sielankowo. Gdy tak siedzę przy stole przed domem, to czuję, że mógłbym zamieszkać w takiej chatce. Przynajmniej jakiś czas, tak po prostu. Rąbać drwa na opał, czytać i pisać, jeszcze przytransportować z dołu gitarę. Schodzić do wioski po świeże pieczywo, zapasy warzyw. Wieczorami obowiązkowe ognisko. Sielanka.

Ekspres powrotny
Streszczam relację, bo właściwie to jutro znowu wyjeżdżam i nie będzie jak tego wszystkiego opisać. W Alba Iulia spędzam kilka godzin. Ładne, ale całkowicie puste centrum, robi raczej przygnębiające wrażenie.





W Cluj-Napoca spędzam kilka godzin od 22 do 2 rano, między pociągami. Miasteczko studenckie, żyje i w wakacje i to do późnych godzin (lub wczesnych, jak kto woli). Momentalnie poznaję tam Matyasa z Francji, z którym wypadamy do pubu poznać jeszcze więcej ludzi.

Oradea to ekspres w godzinach porannych - od wschodu słońca do bodajże 10 rano, potem stopem na Węgry... gdzie panuje nieopisany burdel. A raczej opisany, ale to jeszcze w jednej notce.