UWAGA

UWAGA

Na stałe przeniosłem swoją działalność na język angielski, na drugim blogu - Old Long Road.com.

Najświeższe relacje (Azja Południowo-Wschodnia, Bułgaria i okolice) do znalezienia właśnie tam. Serdecznie zapraszam i mam nadzieję, że zmiana języka nie odstraszy :)

sobota, 24 maja 2014

Sofia - szlakiem elektrycznych skrzynek



Układając trasę zwiedzania jakiegokolwiek miasta oczywistą drogą jest zajrzenie do przewodników. Mamy gwarancję, że wymienione zostaną istotne zabytki i ulice, wraz z ich historią i zdjęciami, dają poczucie, że niczego istotnego nie pominiemy... Jednak najpopularniejsze trasy turystyczne po miastach wycierane są przez tysiące odwiedzających rocznie. Opisane w przewodnikach, różnią się zasobem podanych informacji, miejscem skąd wykonano zdjęcie i kolejnością ułożenia wiekowych zabytków na kartkach, ale często pomijają ciekawe "smaczki" charakterystyczne dla danego miasta.

Dlatego istotnym uzupełnieniem są alternatywne "trasy", mniej znane i wytarte, często o wiele bardziej inspirujące niż te z "Biblii turystycznych". Zwiedzając Sofię śmiało można ruszyć tropem elektrycznych skrzynek rozsianych po całym centrum miasta, z których niemal każda jest pomalowana w inny sposób przez lokalnych artystów.

Przy pierwszej wizycie w stolicy Bułgarii kilka skrzynek spotkanych przypadkowo na ulicach traktowałem jako ciekawostkę, ale zagłębiając się w temat okryłem, że są ich dziesiątki - całe ulice pełne ulicznych dzieł sztuki.



W 2011 roku z okazji Sofia Design Days stowarzyszenie artystyczne Transformeri w porozumieniu z (między innymi) kompanią energetyczną ЧЕЗ София i samorządem miejskim zagospodarowało nieużywaną przestrzeń publiczną - skrzynki elektryczne. Na pierwszy ogień poszła ulica Tsar Shishman, gdzie każda ze skrzynek przerodziła się w małe dzieło sztuki ulicznej. Kiedy właściciele sklepów przy innych ulicach docenili tę formę sztuki, a mieszkańcom spodobało się takie pomalowanie szarych elementów świata "na żółto i na niebiesko", do Tsar Shishman dołączyły kolejne rejony stolicy.



Dzięki temu dzisiaj można śmiało udać się na poszukiwania sztuki ulicznej po całym centrum Sofii, odkrywając dziesiątki pomalowanych skrzynek na ulicach G. S. Rakovski, Patriarh Evtimiy, Graf Ignatiev, Moskovska... i z pewnością w jeszcze wielu miejscach, do których jeszcze nie dane mi było zajrzeć. Tak oznakowany "szlak" poprowadzi nas zarówno głównymi ulicami, jak i w mniej uczęszczane przez turystów rejony. Kto wie, czy przy takiej okazji nie znajdziemy małej kawiarni czy restauracji ukrytej w bocznej uliczce...












Więcej fotografii skrzynek elektrycznych, jak i inne ciekawe projekty można obejrzeć na stronie internetowej Transformatori.





sobota, 26 kwietnia 2014

Vrachanski Balkan


Sofia ma tę niewątpliwą zaletę, że właściwie w którą stronę by się z niej nie ruszyć, to niemal zawsze spotkamy góry. Miejskim autobusem na południe - docieramy do Vitoshy (Cherni Vrah, 2290), na zachód Lyulin (Dupevitsa, 1256), na wschód - Stara Planina, zwana również Bałkanami (Botev, 2376), pociągiem na północ - Vrachanksi Balkan (Beglichka Mogila, 1481). W przerwie świątecznej postanowiliśmy odwiedzić to ostatnie pasmo.

Przygotowania na ostatnią chwilę - mapa wydrukowana z internetu na jednej kartce tuż przed zamknięciem punktu druku. Już w pociągu zorientowaliśmy się, że nasza trasa trzydniowego marszu była skompilowana do A6 - skala naprawdę ciekawa. Ale chodziło się z gorszymi mapami, zawsze przy takich okazjach wspominam odręcznie rysowaną w zeszycie mapkę z którą przechodziłem przez rumuńskie Muntii Cindrel. Trudno, ważne że mamy wydrukowaną rzeźbę, reszty się domyślimy.

W okresie świątecznym sklepy pozamykane, nie ma gazu. Już godzę się z myślą, że w grudniowe noce będziemy walczyć z ogniskami, ale przypominam sobie, że przy mojej pierwszej wizycie w Bułgarii zostawiłem półpełną - optymistycznie patrząc - butlę z gazem u Mitko, jako że i tak nie mogłem jej zabrać do samolotu. Szybki telefon - nadal ją ma, świetnie!

Pozostaje sprawdzić na jakiej stacji mamy wysiąść, i wszystko gotowe. Na szybko, ale z sukcesem...

Autostop w Bułgarii

... nie do końca. Pociąg ruszał koło 7, więc wstać trzeba było jeszcze po ciemku. Odsypiamy na twardych ławkach w wagonie, ale tracimy rachubę jaką stację już minęliśmy, brak tabliczek na peronach nie pomaga w orientacji. Oczywiście wysiadamy w niewłaściwym miejscu, jakieś 15 km przed naszą wioską.


Spojrzenia miejscowych sugerują, że turyści nie są często widywani w środku zimy w Tserovo. Wtaczamy się do baru jak dwójka kosmitów, z pełnymi plecakami i przytroczonym namiotem. Pocieszamy się tanią kawą i myślimy co dalej, Dani sceptycznie podchodzi do mojego stwierdzenia, że autostop jest niedorzecznie prosty w Bułgarii, a do tego, że nigdy nie czekałem więcej niż 15 minut, odnosi się z rezerwą...


... przez pierwsze 10 minut. Wysiadamy z samochodu w Ochindol.

Vrachanski Balkan jak na góry stosunkowo niewysokie - najwyższy szczyt to tylko 1481 m. n.p.m. - są zaskakująco strome, skaliste i bezdrzewne. Na dodatek w tej porze roku niezbyt popularne, więc idealne do naszego celu znalezienia weekendowej namiastki przygody.






Niebo do wynajęcia

Na szlaku z Ochindol do schroniska Parshevitsa trafiamy na mały kamienny zasłon (o zasłonach pisałem trochę w poprzednich tekstach o bułgarskich górach). Nieoznaczony na mapach, którymi dysponowaliśmy, jakieś 30 minut od miejsca w którym poprzedniej nocy rozbiliśmy namiot... Ale już wtedy był "zaklepany" na noc sylwestrową przez chłopaka, na którego trafiamy w środku. Dobra opcja na przyszłość, kilka dni w małym domku z oknem na góry - czemu nie?


Posmak przeszłości i flaczków

Niewiele później trafiamy do schroniska Parshevitsa, w którym mimo braku sezonu narciarskiego zastajemy kilkunastu ludzi. Wystrój pamiętający złote czasy turystyki górskiej doskonale komponował się z tanim i przepysznym posiłkiem. Nie chcę skłamać, ale za obiad z dwóch dań i piwo dla dwóch osób raczej nie przekroczyliśmy 12-13 lv (24-26 zł). Vivat tatrzańskie schroniska.




Dalsza górska część to już głównie widoki, których niejedne góry o podobnej wysokości mogłyby pozazdrościć Vrachanskiemu Bałkanowi:





Pod koniec drugiego dnia schodzimy niżej, gdzie jest zimniej niż u góry. Inwersja widoczna poprzedniego wieczoru w postaci morza chmur daje się tym razem mocniej we znaki, bo sami zasypiamy się i budzimy pośrodku tego morza. I, jak to z morzem, jest mokro.





Tak trafiamy do Milanova, ale droga w dół nie jest jeszcze zakończona. Przed nami najbardziej frustrujący rodzaj asfaltu, jaki dany jest pieszym piechurom w górach:


Przechodzimy tak około 4-5 kilometrów, kręcąc się w kółko, próbując ściąć niektóre zakręty schodząc po stromych stokach. Po godzinie wreszcie pojawia się pierwszy samochód, postanawiam więc kolejny raz wypróbować ów niedorzecznie łatwy autostop w Bułgarii... kilka minut później jesteśmy już na dole, w pobliżu stacji kolejowej.


niedziela, 16 marca 2014

Centrum szaleństwa - Karlukovo

Lewo: Prohodna Peshtera. Prawo: Peshtera Kontrabas

Wiszę na linie, jakieś 40 metrów nad skalistym podłożem Prohodnej. Nie zjeżdżam, tylko jestem opuszczany, zdany na łaskę i niełaskę Hristo i Dayany, w powolnej drodze na dno jaskini. Uparłem się, żeby móc fotografować w trakcie zjazdu, czego teraz trochę żałuję - zawsze jakoś człowiekowi lżej na duszy, kiedy trzyma przyrząd do zjazdu w swoich rękach, ma to iluzoryczne wrażenie kontroli nad sytuacją.


Kiedy patrzę w dół - przez obiektyw lub na własne oczy - zaczynam rozumieć, dlaczego mówi się, że Karlukovo przyciąga szaleńców. Nie tylko ze względu na znajdujący się tutaj szpital psychiatryczny, ale też (a może przede wszystkim?) ze względu na jaskinie. To jeden z najbardziej "podziurawionych" rejonów w Bułgarii, ponad 300 jaskiń przeróżnej wielkości, od 30-40cm wysokości do ponad 50 metrów. Ale w tej chwili myślę tylko o tym, żeby bezpiecznie postawić nogi na kamienistym dnie jaskini, i żeby w międzyczasie nie upuścić tego cholernego aparatu.

Zatrzymuję się na kilkanaście sekund. Nie wiem dlaczego przestali mnie opuszczać, podstępna psychika podpowiada wszystkie najgorsze scenariusze. Majtam nogami dla dodania sobie odwagi, próbuję sięgnąć po krótkofalówkę, dowiedzieć się jakie mają problemy na górze...

Wyobraźnia pracuje, na bardzo dobrej pożywce surrealistycznego otoczenia - ścian pokrytych zgniłozielonymi, rdzawobrązowymi i pleśniowoniebieskimi kolorami. Skały, które widziały i pamiętają zapewne niejedno. I niejednego, o którym już zawodna ludzka pamięć zdążyła zapomnieć.




Euforyczna radość i ulga przychodzą, kiedy wreszcie ląduję bezpiecznie na ziemi, odwiązuję linę. Opuszczony w dół przez jedno z "oczu Boga" puszczam powyższe - dosłownie - rozterki w niepamięć.

Oczy Boga - Prohodna Peshtera. Fot. Wiki Commons

Mnogość jaskiń w okolicy wsi Karlukovo idzie pod rękę z mnogością mniej lub bardziej prawdziwych opowieści i podań. W niektóre ciche noce do zabudowań na granicy wsi dobiega przerażający psi skowyt niechcianych zwierząt które zostały wrzucone do Psiej Jaskini. Oszalałe z głodu rozpaczliwie skomlą o ratunek, a gdy jej nie znajdują walczą między sobą o mięso jeszcze trzymające się kości "tego drugiego". Ile w tym prawdy a ile legendy ciężko stwierdzić, ale jeden z grotołazów, który przed laty opuścił się do Psiej Jaskini zaklina, że znalazł tam ślepego od wiecznej ciemności psa, którego przygarnął. Inni twierdzą, że znaleźli tam podejrzanie dużą liczbę zwierzęcych kości... ze śladami kłów użytych w bratobójczej walce o przeżycie.


Kolejna oznaka szaleństwa w rejonie Karlukovo - myślę, zamykając okno w schronisku "Peshteren Dom". Okno z widokiem na szpital psychiatryczny usadowiony po drugiej stronie rzeki. W ciągu przeszłych lat zanotowanych było wiele ucieczek ze szpitala, a jaskinie dały doskonałe schronienie dla zbiegłych pacjentów. Jeden z nich podobno nawet wrócił na łono społeczeństwa, szukając pracy, mieszkania, żony... Po kilku miesiącach stwierdził, że aż tak szalony to on nie jest i sam zgłosił się z powrotem do kliniki.


poniedziałek, 10 marca 2014

Bułgarsko-rumuńskie powitanie wiosny

Martenice w Veliko Tarnovo, sierpień 2013


Jest rok 680-ty, Bułgarzy rok wcześniej nadciągnęli z terenów dzisiejszej Ukrainy w rejon delty Dunaju, zakładając obóz warowny na nieistniejącej już wyspie Peuce. Zaniepokojony cesarz bizantyjski, Konstantyn IV wyprawia się z dwiema armiami - lądową i morską, by zażegnać niebezpieczeństwo najazdu. Bułgarzy pod wodzą chana Asparucha nie wydają walnej bitwy, ale bronią się w dobrze ufortyfikowanym obozie. Bagienny klimat źle wpływa na stan cesarza Konstantyna, który opuszcza front w celu kuracji podupadającego zdrowia. W szeregach bizantyjskiej armii rozchodzą się pogłoski, że cesarz zbiegł z pola walki, rozpoczyna się panika i dezercja kolejnych oddziałów. Chan Asparuch widząc taki obrót sprawy rzuca się z wojskami w pościg i w bitwie pod Ongala pokonuje wojska bizantyjskie. Aby powiadomić o tym główny obóz, wysyła gołębia z białymi nitkami przywiązanymi do nóżki. Gołąb w trakcie lotu zostaje trafiony strzałą, mimo to heroicznie dociera do obrońców z białymi nitkami, zabarwionymi także jego własną krwią.

Jaki to ma związek z wiosną? To jedno z podawanych (oczywiście przez Bułgarów) źródeł tradycji Martenic (rum.Mărţişor), obecnej w Bułgarii, Macedonii, Serbii, Rumunii i północnej Grecji. W pierwszych dniach marca obdarowuje się bliskie osoby wykonanymi z włóczki bransoletkami i gałgankami e kolorach białym i czerwonym, które obdarowana osoba powinna założyć na rękę lub przymocować do ubrania i nosić aż do ujrzenia pierwszych oznak wiosny - rozkwitającej brzozy lub powracającego z południa bociana. Niektórzy do tego dokładają jaskółkę, ale wiadomo, że jedna wiosny nie czyni.

Co należy zrobić po ujrzeniu pierwszych oznak cieplejszych dni - zdjąć bransoletkę i zawiesić ją na rozkwitającym drzewie, dzieląc się zdrowiem i szczęściem, jakim cieszyliśmy się przez czas noszenia bransoletki. Inną opcją jest włożenie bransoletki pod polny kamień i sprawdzenie po kilku dniach, czy odkryjemy pod nim jakieś stworzenie. Jeśli będzie to larwa, to czeka nas zdrowie i szczęście w nadchodzącym roku. Jeśli mrówki, to szczęście także nas nie ominie, ale pod warunkiem, że na nie zapracujemy. Gorzej w przypadku odkrycia pająków...

Dobry przyszły rok, jak i pewniejsze krótkotrwałe szczęście zapewnia nam jedna z wersji martenicy praktykowana w Rumunii, zakładana jako wisiorek z przyczepioną monetą. Po ujrzeniu wiosennego symptomu za monetę należy kupić czerwone wino i biały ser (kolory martenicy) i radośnie spożyć ku chwilowemu i przyszłemu szczęściu.

Powszechnie zwyczaj wiąże się z Babą Martą (rum. Baba Dochia), humorzastą staruszką będącą personifikacją nadchodzącej wiosny. Martenice są noszone w celu przebłagania staruszki i sprowadzenia ciepłych dni.

Według jednego z rumuńskich podań, syn Baba Dochii, Dragobete, poślubił dziewczynę wbrew woli matki. Rozsierdzona i przebiegła staruszka wysyła synową nad rzekę, by prała zabrudzoną wełnę tak długo, aż ta stanie się całkiem biała - podstępnie jednak wręcza jej jednak czarną wełnę. Załamana i zmarznięta od lodowatej wody dziewczyna rozpłakuje się, kiedy wtem zjawia się tajemniczy brodaty mężczyzna (sam Bóg w przebraniu) ofiarujący jej czerwony kwiat i poleca wyprać wełnę przy jego pomocy. Okazuje się to skuteczne i radosna dziewczyna wraca do domu. Baba Dochia słysząc opowieść stwierdza, że skoro rozkwitły już pierwsze kwiaty, to nadeszła wiosna, bierze więc swoje stado i rusza na wypas w góry odziana w 12 skór. Po drodze robi się jej coraz cieplej, więc zrzuca kolejne warstwy odzieży, jednak pogoda się niespodziewanie ochładza i zła Baba Dochia zamarza w górach.

Jeszcze inny rumuński zwyczaj mówi o 9 paltach, które Baba Dochia kolejno zrzuca. Palta oznaczają kolejne dni marca, od 1 do 9. Pod koniec lutego kobiety wybierają jeden z tych dziewięciu dni jako wróżbę - jaka pogoda nastanie tego akurat dnia, taka pomyślność czeka je w nadchodzącym roku.

I tak naprawdę do końca nie wiadomo, jakie są korzenie tego święta - rzymskie (celebracja 1 marca ku czci Marsa), trackie czy jeszcze inne. Najprawdopodobniej prawda leży pośrodku, czyli na tradycję złożyła się każda z kultur po trochu i po swojemu - ale stąd właśnie bogactwo sposobów na przyciągnięcie wiosny. Najważniejsze, żeby sposoby okazały się skuteczne!


niedziela, 23 lutego 2014

Odstępy w ostępach


W trakcie opowiadania o podróży Belgrad - Sevilla dużo pisałem o wielkich miastach i ruchliwych autostradach. Celowo na moment pominąłem trzy bardzo ważne dla mnie epizody, dalekie od tej atmosfery, odbywające się daleko od kipiących życiem centrów Barcelony, Mediolanu czy Zagrzebia. Mające swoje miejsce w zupełnie innej czasoprzestrzeni i z tego powodu stanowiące odrębny zupełnie zbiór doświadczeń, jakby odrębną, uzupełniającą część tej podróży. Uzupełniającą, a z pewnej perspektywy kształtującą kwintesencję tej włóczęgi. Takie doświadczenie pustki i namiastki tej, tak bardzo dobrze znanej z wędrówki po górach, wolności.

Monfalcone

Pomiędzy Triestem i Mediolanem na jeden dzień "utknęliśmy" w Monfalcone. Miasteczku, gdzie właściwie nic nie ma - i to było w nim dla mnie najpiękniejsze. Zalany słońcem rynek zaskoczony w trakcie opalania, otoczony przez kilka starych budowli - ale żadna z nich na checkliście do odhaczenia jako obowiązkowy zabytek. Swoista pustka czasu i przestrzeni między pociągiem a umówionym kierowcą z Blablacar, którą można dowolnie zapełnić, ale nie ma za bardzo czym - przynajmniej biorąc pod uwagę lokacje w mieście. Pozostaje włóczenie się po uliczkach bez celu, siadanie na kolejnych ławkach z nadzieją, że będzie różniła się od poprzedniej, pozostaje czas na przyjrzenie się wszystkiemu - budynkom, ludziom, sobie. Smakowanie czasu.

Rozłożenie się z namiotem w pobliskim lesie i wyprawa - po nic konkretnego - do miasteczka.







Albino

Po decyzji o niekontynuowaniu dalszej drogi stopem mieliśmy do zagospodarowania trzy dni w okolicy Bergamo. Dlaczego nie Alpy? Zdążyliśmy na ostatni tramwaj odchodzący z Bergamo do Albino i tym sposobem wylądowaliśmy późnym wieczorem w kompletnie nowej miejscowości, szukając miejsca na nocleg. Brnąc jak najwyżej i najdalej się da od zabudowań.

Tak zamieszkaliśmy w kamieniołomie z widokiem na góry, z leśną ścieżką prowadzącą w dół i z całym czasem, jaki tylko można mieć w trakcie doby.




Czasem na dobre śniadanie o poranku, późną kolację przy tysiącach świec miasteczka. Na rozmowy, grę na gitarze i w karty, a gdy skończyły się te znane gry, z czasem na wymyślanie nowych. Z czasem na wyjście "do miasta" znowu po nic, ot tak, na piwo, żeby popatrzeć na ludzi, na dzieci kręcące się na karuzeli w niedzielny poranek. Posmakować unoszącej się jeszcze w powietrzu wczorajszej zabawy na głównym placu , której odgłosy dobiegały do nas "tam na górze". Znaleźć w małym sklepie kilogramowe ciasto w promocyjnej cenie i się nim objadać po powrocie do ukrytego w kamieniołomie namiotu.








I takie spędzanie czasu zapewnia przygody nie mniej emocjonujące niż duże miasta - chociażby przy próbie powrotu z miasta odkrycie, że kamieniołom nie jest opuszczony i że przy jedynej drodze do środka kręcą się pracownicy, a namiot i wszystkie rzeczy zostały u góry...

Guillena

Zmęczeni Sevillą wypatrzyliśmy pierwszą lepszą lokację oznaczoną znaczkiem parku w niedalekiej odległości, wsiedliśmy w autobus, żeby zaobozować jeszcze przez dwa dni w oczekiwaniu na samolot powrotny. Rozłożyć namiot pod kaktusopodobną rośliną, ugotować carbonarę podlaną hiszpańskim winem, obejrzeć film w leśnym kinie. Kupić za grosze dziwne owoce, o których wcześniej się nie słyszało, a nazwa wyleciała już z głowy, tylko po to żeby stwierdzić, że są okropne w smaku.







Czy też po to, żeby przy światłach latarek złożyć obozowisko i zrobić z pozostałych zapasów kanapki na drogę. Na lotniska w Sevilli i Bergamo, które miało być naszym ostatnim wspólnym przystankiem, zanim Dani wróci do Bułgarii, a ja do Polski, pakować rzeczy przed przeprowadzką do Sofii.